Pożegnanie z wyspą i powrót do domu

Niestety, nadszedł dzień powrotu z wakacji, na których spełniliśmy nasze marzenia o nurkowaniu z rekinami na Bahamach. Rano zjedliśmy śniadanie, dopakowaliśmy resztę rzeczy i wiedząc jak tutaj kursują busy, wyszliśmy na ulicę. Mimo tego, że pora była dosyć wczesna, był skwar. Czekaliśmy na poboczu aż nadjedzie konkretny busik z informacją, że jedzie na lotnisko. Teoretycznie busy kursowały ‘every 5 minutes’, ale biorąc pod uwagę, że kierowca może zmienić trasę, żeby kogoś podrzucić pod dom i naprawdę im się nigdzie nie spieszy, to czekaliśmy dłużej. W końcu nadjechał i ponownie policzył nas nie za ‘głowę’, a za walizki. Lotnisko było oddalone o 3 kilometry od naszej lokalizacji, ale podróż na lotnisko zajęła nam około 20 minut i kosztowała nas 10 dolarów. Na miejscu nadaliśmy bagaże i udaliśmy się na odprawę biletowo-bagażową. Jako że lecieliśmy do Miami, czyli na teren Stanów Zjednoczonych, musieliśmy zadeklarować wszystko, czyli gdzie, po co, dlaczego i na jak długo. Sprawdzono nam również wizy i paszporty.

Gdy po wszystkim trafiliśmy na terminal, do lotu zostało nam jakieś 30 minut, więc boarding powinien się zaraz zaczynać. Otóż nie! Jak już wspominałem wcześniej, Bahamczycy nigdzie się nie spieszą i tym razem to naprawdę odczuliśmy. Mimo tego, że na stanowisku była osoba odpowiedzialna za boarding, wcale nie wyglądała jakby chciała go zrobić. Zbliżała się godzina 12, a my dalej siedzieliśmy przed bramką nie do końca wiedząc o co chodzi. W pewnym momencie zaczęliśmy się nawet zastanawiać, czy jesteśmy w dobrym miejscu. O godzinie 12.20 w końcu wpuszczono nas do samolotu, którego status był wciąż ON TIME. Mając z tyłu głowy normy europejskie i fakt, że wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku, byliśmy mocno zaskoczeni, ale też zaniepokojeni, bo na przesiadkę w Miami mieliśmy tylko 4 godziny.

Po przylocie do Miami okazało się, że nasz lot jest opóźniony, więc na spokojnie zjedliśmy obiad, czyli prawdziwego amerykańskiego McDonalda, który różni się od naszego polskiego i jeśli mam być szczery, to szału nie było, a o pysznej kawie, takiej jak u nas, trzeba było zapomnieć. Zdecydowaliśmy się więc na kawę ze słynnego Starbucksa, a jako że przez cały tydzień kofeiny za dużo nie mieliśmy, to tak nas kopnęło, że ze snem w samolocie musieliśmy się pożegnać. Po kolejnych 11 godzinach w samolocie i 1 godzinie w samochodzie nasza podróż dobiegła końca. Był to niezwykły czas spędzony za oceanem. Doznaliśmy nowych rzeczy, zanurkowaliśmy z rekinami, poznaliśmy inną kulturę i posmakowaliśmy innej kuchni.

Prawdą jest, że podróże kształcą, bo z każdego miejsca człowiek wynosi nowe doświadczenia i uczy się czegoś nowego. Lepiej pojechać raz w miejsce, o którym się słyszało, niż ciągle tylko o nim mówić. Spełniajcie swoje marzenia i uczcie się od innych. Czasami nie warto się martwić, spieszyć i stresować. Ważne jest, aby cieszyć się życiem i zawsze dążyć do wyznaczonych celów. Keep moving, guys!

0 komentarze/y

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *