Nurkowanie ze Stuart Cove’s Dive Center

Przed wyjazdem i w ogólne podjęciem decyzji, że lecimy do Nassau poszukaliśmy informacji o nurkowaniu na Bahamach. Generalnie można powiedzieć, że wybraliśmy Nassau z uwagi na łatwą i wygodną dostępność połączeń lotniczych. Wiedząc, że to właśnie tam spędzimy kilka kolejnych dni które poświęcamy na nurkowanie, postanowiliśmy wybrać bazę nurkową Sutart Cove’s. Oczywiście za delikatnymi sugestiami osób, które już odwiedziły Bahamy i miały przyjemność nurkowania z ów bazą. Ale tak to już jest, że jak człowiek leci w nieznane, to posiłkuje się opiniami innych osób, które odwiedziły to miejsce. I tak jest zawsze, w mniejszym lub większym stopniu bez względu na to czy ktoś mówi prawdę czy też nie. Tak więc, wybraliśmy bazę nurkową Stuart Cove’s, w której wykupiliśmy pakiet nurkowy opiewający na 18 nurkowań z łodzi w ciągu 5 dni. Cztery dni po cztery nurkowania i jeden dzień poświęciliśmy na karmienie rekinów. Ale o tym, wszystkim będzie za chwilę.

Organizacja

Bus podstawiony przez centrum nurkowe miał przyjechać po nas o godzinie 8:00 – 8:10. Oczywiście tak się nie stało, bus okazał się być spóźniony i ostatecznie zjawił się o godzinie 8:30 i chyba nikomu to nie przeszkadzało. Tak jak wspomniałem wcześniej, na Bahamach czas płynie inaczej i ewidentnie spóźnienia są traktowane jako norma. Może dlatego Bahamczycy żyją długo, bo po prostu się niczym nie stresują… Ja sam nie lubię takich sytuacji i zawsze się trochę stresuję takimi rzeczami. Przez głowę przebiegają mi myśli czy na pewno dobrze się dogadaliśmy z obsługą, czy o nas pamiętają, czy wiedzą skąd mają nas odebrać. Tym bardziej, że taksówkarze z lotniska nie wiedzieli gdzie mają nas zawieźć. I bądź tu zdrów człowieku! Na szczęście jak się później okazało, nasz transport przyjechał. Biało-różowy busik z napisem Stuart Cove’s na masce zajechał z impetem na podjazd prowadzący do naszego hostelu. W środku zostały tylko dwa wolne miejsca, które ewidentnie czekały tylko na nas. Tylko jak w takim wypadku pomieścić jeszcze nasze nurkowe graty?

Kierowca z bazy nurkowej okazał się być bardzo pomocnym gościem, który część naszych nurkowych szpejów położył obok siebie. I ruszyliśmy w kierunku na południowo-zachodniej część wyspy New Providence, gdzie zlokalizowana była baza nurkowa. Sama podróż zajęła nam około 25 minut, podczas których mieliśmy możliwość podziwiania krajobrazu wyspy. Po dotarciu do bazy, udaliśmy się na recepcję, aby potwierdzić naszą obecność i dowiedzieć się do jakiej łodzi zostaliśmy przydzieleni. W każdym z nas zaczynała narastać ekscytacja połączona z delikatnym stresem i niepewnością. Wiecie jak jest… nowe miejsce nurkowe, inne zwyczaje organizacyjne, niepewność tego co spotkamy pod wodą, no i rekiny. Tysiące myśli na minutę kłębiło się w naszych głowach, ale mimo wszystko do naszych pierwszych nurkowań podchodziliśmy z dosyć dużą pokorą. W końcu to nie Koparki w Jaworznie czy Zakrzówek, które doskonale znamy, tylko ocean. Jak to powiadali miejscowi Divemasterzy „This is the ocean, we never know what we’ll see”.

AM 2-Tanks dive

Na pierwsze dwa nurkowania, zwane również “AM 2-Tanks dive„ zostaliśmy przydzieleni do łodzi Catesia. I tak na dobrą sprawę to do dnia dzisiejszego nie wiemy co ona dokładnie oznaczała. W każdym razie, z naszymi nurkowymi tobołami, przemierzając stary dok udaliśmy się w kierunku naszej łodzi. Tam kapitan statku, wskazał nam miejsce gdzie możemy zostawić swoje rzeczy i przystąpić do klarowania sprzętu. No i nastąpiło pierwsze zderzenie z nową rzeczywistością. Zdecydowana większość butli na łodzi to butle z systemem INT! A my, zacni Europejczycy mamy system DIN, który nijak nie pasuje do miejscowych butli. Kapitan statku wyraźnie był zniesmaczony tym, że mamy automaty w standardzie DIN, natomiast załatwił nam adaptery i problem został zażegnany. Od tej chwili musieliśmy tylko za każdym razem upominać się o adaptery do naszych automatów. Ewentualnie o butle z zaworem DIN, których było raptem 8 na całe centrum nurkowe.

Do miejsc nurkowych wypływaliśmy około godziny 9:30, które odległe były o około 15-20 minut drogi dosyć szybką łodzią. O samych miejscach nurkowych napiszę na pewno w osobnym artykule, ponieważ chciałbym żebyście wiedzieli co nie co o ich charakterystyce. Dlatego też na tą chwilę, chciałbym skupić się na samej organizacji nurkowania. Nasze nurkowania przeważnie trwały od 35 do 45 minut, czasem 55 minut jak człowiek wchodził do wody jako pierwszy, a wychodził jako ostatni. Jeśli chodzi o nurkowania rekreacyjne to ja jestem przyzwyczajony do nurkowania w granicach 50 - 60 minut. Jak się możecie domyślić, czas denny na poziomie 40 minut niezbyt mnie satysfakcjonuje. Bo przecież nie po to się jedzie na nurkowanie, żeby wychodzić z wody po dwóch czy trzech kwadransach. Ale wróćmy do samego nurkowania. Po pierwszym nurkowaniu przeważnie odbywaliśmy krótką przerwę powierzchniową. Była ona na tyle krótka, że zdążyliśmy tylko wymienić butle na nowe i zrobić briefing. Po kolejnym nurkowaniu, wracaliśmy do bazy nurkowej w której pojawialiśmy się około godziny 12.

Przerwa na lunch

Po powrocie do portu, mieliśmy około godziny przerwy, podczas której można było skorzystać z zasobów nurkowego baru. Szybkie, grilowane jedzenie, w stylu amerykańskim. Czyli hot-dogi, hamburgery i cheesburgery. Wszystko po 10$. Kilka razy skusiliśmy się na taką formę lunchu, jednak jak się okazało nie były to najlepiej przygotowane hamburgery. Nasza grupa chyba była jedyną, która wykonywała 4 nurkowania jednego dnia. Było kilka pojedynczych pasjonatów i napaleńców, którzy tak samo jak my, nurkowali do bólu.  Na kolejne dwa nurkowania czekaliśmy mniej więcej do godziny 13. Wtedy też okazywało się, którą łodzią wypłyniemy na następne nurkowania.

Oczywiście w czasie tej przerwy musieliśmy ponownie udać się do recepcji aby uzyskać tą informację. Nigdy nie dostaliśmy tej informacji od razu po przybyciu do portu z przedpołudniowego nurkowania. Mało tego za każdym razem musieliśmy zbierać sprzęt i wynosić go z dotychczasowej łodzi. I może przebiegałoby to całkiem sprawnie, gdyby były jakiekolwiek koszyki lub boxy na drobny sprzęt nurkowy. Szczerze mówiąc, z takim postępowaniem spotkałem się po raz pierwszy. Być może taki mieli wypracowany system pracy, nie wiem z czego konkretnie on wynikał, ale wiem jedno. Mnie osobiście to nie pasowało i uważam, że nie jest on do końca dobry.

PM 2-Tanks dive

Na nurkowania popołudniowe szykowaliśmy się przeważnie około godziny 13. Po lunchu oraz chwili odpoczynku zmienialiśmy łódź i na nowo przystępowaliśmy do skręcania sprzętu nurkowego.  Standardowo odbywała się odprawa z kapitanem łodzi, który jak mantrę powtarzał wszystkie procedury bezpieczeństwa obowiązujące na łodzi. Następnie wypływaliśmy z bazy w niezbyt odległe miejsca nurkowe. Pewnie chodziło o to, żeby móc jak najszybciej wrócić z nurkowania do bazy i zakończyć dzień pracy. Takie przynajmniej są moje domysły. Zwykle bywało też tak, że dwa popołudniowe nurkowania były dużo płytsze i spokojniejsze. To znaczy miejsca które były wybierane, cechowały się bardzo małym występowaniem prądów oraz małymi głębokościami. Oczywiście nie oznaczało to totalnej beztroski i zapomnieniu o limitach bezdekompresyjnych. W naszym wypadku, wykonując 4 nurkowania dziennie, tym bardziej musieliśmy o nich pamiętać i bacznie pilnować wskazań komputera.  Często nawet z pozoru płytkie nurkowania w granicach 14-16 metrów związane były ze znacznym zbliżeniem się do limitu bezdekompresyjnego.

Luźne spostrzeżenia

Dla naszych Divemasterów, zawsze było to szokiem jak opowiadaliśmy o długości naszych nurkowań, a warunki w jakich nurkujemy w Polsce były dla nich dużo bardziej szokujące. Nie mogli wyjść ze zdumienia, że woda która ma około 15-20 stopni Celsjusza, jest dla nas bardzo ciepła ;). Gdy wspomnieliśmy o nurkowaniach jesienno-zimowych, w tym podlodowych, spojrzeli na nas z przerażeniem w oczach. Nawet rekiny ich tak nie przerażały jak sama myśl o zimnej wodzie. W każdym razie, jak być może zauważyliście użyłem sformowania "nasi Divemasterzy". Tak, mieliśmy kilku Divemasterów i można powiedzieć, że co dwa nurkowania mieliśmy nowych przewodników. Ba! Nawet osoby które wykupiły pakiet 5 dniowy, miały każdego dnia innego przewodnika.

Generalnie wprowadzało to trochę zamieszania w organizacji, a przede wszystkim DM nie do końca mógł poznać ludzi z którymi nurkuje. Jak dla mnie, patrząc na to z instruktorskiego punktu widzenia, nie było to zbyt profesjonalne. Moim zdaniem, przewodnik powinien być przypisany do danej grupy od początku do końca i tylko z nią nurkować. Dzięki temu ma możliwość poznania ludzi i przede wszystkim możliwość właściwego przewidywania i oceniania ryzyka.

Czasem bywało tak, że na nurkowania głębokie, w silnym prądzie lub po prostu technicznie trudne, szły osoby które ukończyły kursy OWD albo były w ich trakcie. I nie chodzi mi już o to, że nie mieli uprawnień na głębsze nurkowanie, ale po prostu nie radziły sobie w trudnych warunkach. Nie wspominając już o bardzo dużej konsumpcji powietrza, co skutecznie skracało czas nurkowania dla pozostałych członków grupy.

Wydaje mi się, że chyba poruszyłem najważniejsze kwestie związane z organizacją nurkowania przez bazę Stuart Cove’s. Ten wpis jest trochę obszerny, ale to dlatego, że było kilka kwestii do omówienia. Jeżeli coś jeszcze mi przyjdzie na myśl, to na pewno dowiecie się o tym w kolejnych blogowych wpisach.

0 komentarze/y

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *