We don’t just fly here, we live here…

We don't just fly here, we live here...

Usłyszeliśmy miły głos stewarda, który przemawiał do nas przez głośniki samolotu. O godzinie 21 czasu lokalnego dotarliśmy do Nassau. Zapytacie pewnie gdzie to u licha  jest? Hmm.. jakby Wam to powiedzieć, tak żebyście nie byli na mnie za bardzo źli... Tym bardziej że za Waszymi oknami jest zimowa aura, a u nas na Bahamach skromne 30 stopni na plusie. Upss...  No i wygadałem się. Po praktycznie 24 godzinach w podróży, z przesiadką we Wiedniu i Miami wylądowaliśmy, na wyspie New Providence w Nassau. Wydaje mi się, że warto w tym miejscu zauważyć, iż jest to jedna z pośród siedmiuset wysepek.

Na dzień dobry, a w zasadzie to na dobry wieczór przywitał nas ogromny zaduch oraz wysoka temperatura powietrza. Na wyspie wiało dość mocno ale bynajmniej nie był to chłodny, orzeźwiający wiaterek. Każdy podmuch wiatru, wzmagał jeszcze bardziej odczuwalną temperaturę. Trzeba przyznać, że dla nas Europejczyków jest to coś rzadko spotykanego i nasze organizmy potrzebują nieco więcej czasu na przyzwyczajenie się do nowych warunków klimatycznych. No dobra, ale po co tu przylecieliśmy? Oczywiście na nurkowanie! I to nie byle jakie bo na nurkowanie z rekinami. A konkretnie na ich karmienie!

Czy leci z nami pilot?

Po przylocie do Nassau wzięliśmy taksówkę, która zawiozła nas do naszego hotelu zarezerwowanego przez stronę booking.com. Co ciekawe, jak naszemu taksówkarzowi pokazaliśmy na adres docelowy to tylko wzruszył ramionami i szybko się wycofał. Pewnie nie wiedział gdzie to jest. Wiecie jaka była nasza pierwsza myśl? Zrobiliśmy rezerwację nie na tej wyspie na której się znajdujemy. Przerażenie w naszych oczach chyba było równie duże jak u wspomnianego taksówkarza. W każdym razie, po krótkiej chwili znalazł się niezbyt miły i rozgadany taksówkarz, który wiedział gdzie znajduje się nasze nowe lokum. A przynajmniej takie sprawiał pozory. Bo jak się w późniejszym czasie okazało, to zawiózł nas w zupełnie inne miejsce niż to, gdzie mieliśmy być zakwaterowani przez najbliższy tydzień.

Około godziny 22 przemierzając, wąskie, kręte i w zasadzie to dziurawe uliczki, dotarliśmy do miejsca naszego zakwaterowania. Odetchnęliśmy z ulgą, bo zmęczenie po całej podróży dawało już nam dosyć mocno w kość. Za przejazd z lotniska do hotelu w rejonie Love Beach, zapłaciliśmy po 12 dolarów amerykańskich na osobę. Co ciekawe kierowca wyliczył tą cenę patrząc nie przez pryzmat odległości hotelu od lotniska, a... ilości przewożonych bagaży. Dziwny sposób, osobiście jeszcze z takim się nie spotkałem podczas swojego podróżowania. Ale jak to głosi pewne przyłowie, że "co kraj to obyczaj" to postanowiliśmy z tym faktem nie dyskutować. Na tą chwilę najważniejsze dla nas było to, aby dostać się do hotelu i to możliwie jak najszybciej. Po zakwaterowaniu w hotelu, zrobiliśmy szybkie rozeznanie co gdzie się znajduje, wzięliśmy prysznic i poszliśmy spać. Zmęczeni i lekko niedowierzający w to, gdzie tak naprawdę się znajdujemy.

0 komentarze/y

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *